sobota, 3 listopada 2012

3. Karykatura


3
KARYKATURA

Oczywiście istnieje dalszy ciąg legendy.  Słońce nie poprzestało na zdradzeniu Arvylla. Kiedy ujrzało jego dzieci, Pięciu, przemierzających krainę, prowadzących za sobą śmierć i gniew z powodu upadku swego ojca, słońce poczęło ranić ich i gryźć swymi promieniami. Gdy tylko słoneczne promienie dotknęły ich skóry, zaczynała ona skwierczeć i zwijać się niczym papier rzucony w ogień. Uciekając przed nienawistnym światłem skryli się w jaskini. Z tego miejsca postanowili rozpocząć budowanie swego królestwa, gdzie słońce nie będzie mogło ich zaatakować. Zaczęli kopać.
Wedle legendy takie były początki Podziemi - gigantycznej pajęczyny tuneli rozciągającej się pod całym kontynentem. Pięciu pazurami i magią tworzyło olbrzymie korytarze: niektóre proste, inne pięknie zdobione, które wiły się i przeplatały ze sobą niczym węże. Lata później, kiedy Pięciu odkryło, że mogą tworzyć  własne rody i naprawdę stało się Wyższym Klanem, Podziemia stały się domem dla wszystkich ich potomków.
Jeden z największych korytarzy był wykuty w kształt heksagonu  i znany jako Sześć Dróg.  Był to olbrzymi tunel z sześcioma równymi, gładko wypolerowanymi kamiennymi ścieżkami  Każda z tych sześciu płaszczyzn, poza dolną, w którymś momencie załamywała się łącząc się z innym korytarzem.  Wszystkie wampiry, z wyjątkiem najniżej urodzonych, żałosnych istot, potrafiły kroczyć po ścianach i sufitach z prawie taką samą łatwością jak po ziemi. Z czasem dolna ścieżka przestała być używana przez szanujących się członków klanów. Zaś by droga ta miała jakieś zastosowanie, a  ci o najrzadszej krwi, którzy zmuszeni byli ją przemierzać, znali swe miejsce wyższe wampiry zaczęły używać jej jako składowiska odpadów.
Znajomość historii wcale nie pomagała Antonowi, który z całych sił próbował podążać Sześcioma Drogami, brodząc po kolana w ludzkich resztkach, zakrwawionych szmatach, połamanej broni i Arvyll raczy wiedzieć jakim jeszcze plugastwie.  W pewnym momencie wyciągnął swój rapier i zaczął nim odgarniać śmieci, lękając się by broń się nie złamała w tak głupi i upokarzający sposób. Od kiedy skręcił w Sześć Dróg zastanawiał się, czemu ojciec wybrał tę drogę na powierzchnię. Mógłby być to jakiś okropny żart, gdyby nie chodziło o Lorda Cronnossa. Cóż, może ojciec uznał, że Antonowi przyda się lekcja pokory? Uświadomienia sobie własnej małości? Wszak wszyscy wielcy od czegoś zaczynają. Przez cierni do gwiazd. To, albo jego wszechpotężny ojciec zapomniał, że jego szanowni wampirzy potomkowie postanowili zasrać całą podłogę resztkami po posiłkach. Cóż, pomyślał Anton, pan ojciec pamiętał przynajmniej by rozświetlić korytarz. Powinien mu być chyba wdzięczny, jako że w całym szaleństwie pakowania nie wziął ze sobą własnego źródła światła.
Pochodnie,  ustawione wzdłuż załamań łączących pojedyncze ścieżki, roztaczały żółte ciepłe swiatło które od zawsze towarzyszyło Antonowi pod ziemią. Wampiry widzą w ciemnościach, więc to specjalnie dla niego zawsze rozjaśniano komnaty i tunele, tak skrupulatnie i szybko, że chłopak mógłby przysiąc, że całe Podziemiasą wyłożone pochodniami.
Dlatego też Anton z taką łatwością dostrzegł dysonans w tej ciepłej pomarańczowej poświacie. Z jednego z zakrętów dochodziło inne światło. Jaśniejsze i zimniejsze, czyste i ostre jak nóż.  Chłopak zatrzymał się, wiedząc co się zbliża.
Zimna, biała jasność stawała się coraz intensywniejsza lecz w pewnym momencie się zatrzymała. Anton zniecierpliwiony czekaniem zrobił kilka kroków w stronę korytarza, nie mógł sam tam wejść jako, że odnogo unosiła się kilka metrów ponad jego głową. Jednak kiedy się zbliżył usłyszał stukot kroków. Uniósł głowę i zobaczyl jak z nachylonego pod kątem wyjścia z korytarza, w niekończącym się potoku białego światła ktoś się wyłonił.  Postępując kilka kroków postać wyszła z jaśniejącego wyjścia, przeszła niespiesznie po ścianie i stanęła naprzeciwko Antona.
Tak jak wszyscy członkowie rodu Aliestera, cóż, prawie wszyscy, wyglądał perfekcyjnie. Jego twarz była idealnie symetryczną, piękną twarzą anioła, bladą jak marmur, doskonale smutną i nieodgadniętą. Włosy, podobnie białe jak skóra, lecz zawierające odległe echa jakiejś ciepłej barwy były długie i związane luźno aksamitna wstążką. Ich końce tańczyły delikatnie jakby były zanurzone w wodzie.  Był odziany zgodnie z modą Aliesterów, w aksamity i jedwabie. Jego frak uszyty z najlepszych materiałów był w kolorze ciemnej zieleni.
No i pozostawały rzecz jasna jego oczy.
Mężczyzna skłonił się tak nisko jak wymagała tego etykieta.
-Paniczu Antonie, witam cię. Tak, pomyślał chłopak, wampirom nie przejdzie przez gardło nazwanie go księciem póki jego serce jeszcze bije, więc wynaleźli miły neutralny, niewiele znaczący tytuł. Niemniej Anton także ukłonił się po dworsku.
-Także cię witam panie Syrielu, heroldzie lorda Aliestera, czy mogę jakoś służyć ci pomocą?
-Dziękuję za troskę lecz sądzę, że obędę się bez twej pomocy młody paniczu. Głos wampira stał się zimniejszy. Chłopak zrozumiał, że sugerując, że mógłby potrzebować w jakimkolwiek momencie pomocy ludzkiego chłopca znieważył go.
Syriel wyprostował się i wejrzał się w chłopaka. Anton wiedział, że musi przynajmniej spróbować wytrzymać jego spojrzenie.
Pozostawało to problemem, jako, że wyjątkowo długi o bolesny proces zmiany w aliestera zaczyna się wytopieniem oczu które spływają po policzkach niczym szkliste łzy, zaś kończy się gdy z pustych oczodołów wystrzeliwują snopy jasnego rażącego światła.
Anton z wysiłkiem podniósł wzrok w stronę dwóch jaśniejacych gwiazd w twarzy Syriela. Oczy go piekły jakby ktoś mu je zalewał roztopionym złotem, lecz nie to było najgorsze. Anton czuł jak herold przeszywa go na wylot swym świetlistym spojrzeniem, jakby ten mógł przeczytać w jego duszy o wszystkich myślach i kłamstwach na jakie kiedykolwiek sobie pozwolił. Anton czuł wstyd i obrzydzenie do siebie, był małym nic nie znaczącym dzieckiem w obliczu czegoś tak pięknego i potężnego. Miał ochotę zwinąć się w kłębek, zakryć się starymi szmatami i kośćmi i pokornie czekac aż sam zamieni się w proch.
Lecz nie odwrócił wzroku. Wytężając całą wolę i siły dalej spoglądał w oczy aliestera. Wreszcie wampir odwrócił lekko głowę skupiając wzrok na czym innym, a Anton poczuł, że cały ten ból, cały wstyd i udręka nie trwały dłużej niż jedno mrugnięcie okiem. Zaledwie sekundę.
Teraz mógł na moment przymknąć załzawione oczy. Wypełniało go uczucie satysfakcji. Wiedział, że świetliste spojrzenie aliesterów jest zdolne przewiercić się przez ludzką dusze i dostrzec wszystkie kłamstwa i oszustwa jeśli mu ulec. A on miał zostać księciem całego rodu Cronnossa, nie mógł sobie pozwolić by pierwszy lepszy aliester go tak upokorzył.
-Paniczu Antonie, czy coś nie tak? Proszę o wybaczenie jeśli moja odpowiedź zabrzmiała nieuprzejmie. Anton szybko otworzył oczy i spojrzał na Syriela, oczywiście unikając bezpośredniego patrzenia mu w oczy.
-Ależ skąd panie Syrielu, uległem tylko chwili typowo ludzkiej słabości. Licze na to, że w niedługim czasie będę mógł się jej pozbyć.
-Rozumiem. Jeśli panicz pozwoli, mój ojciec, miłościwie władający lord Aliester przechodził akurat niedaleko i usłyszawszy o twojej wyprawie uprzejmie pyta czy nie zechciałbyś poświęcić mu kilku minut.
Uwadze Antona nie uszedł fakt, że przez twarz Syriela, jak dotąd idealnie obojętną i niezmienną, przeszło coś co mogło być cieniem grymasu.
Chłopak wiedział czemu.
Wyższy Klan, przez wieki pożywiając się życiami innych uległ zmianom. Dokładna natura tych zmian nie została wyjasniona, lecz każde z Piątki zmieniało się fizycznie, im bardziej oddalało się od swego człowieczeństwa i śmiertelności. Obecnie członkowie Wyższego Klanu przypominali bardziej potwory z sennych koszmarów niż cokolwiek innego. Pan Cronnos owijał swe ciało czarnymi szatami, by ukryć swa potworność, lecz wystarczyło spojrzeć na dłonie by wiedzieć.
Lecz, jak wyjasnił mu Cronnoss, zmiany ciała były niczym wobec tego co działo się z ich umysłami . Każde z nich popadało w swój rodzaj obłędu. Przestraszony Anton zapytał swgo pana ojca o to czy on także jest obłąkany. Cronnoss odpowiedział mu wtedy „Synu, zarówno ja jak i wszyscy których nazywa się wampirami są obłąkani. Żyjemy choć umarliśmy, żyjemy pod ziemią miast na niej. Prawdą jest, że ty także jesteś obłąkany. Gdybyś nie był, nie mógłbyś mieszkać tutaj z nami”. Antonowi bynajmniej nie zrobiło się lepiej od tej odpowiedzi.
Nie zmieniało to jednak faktu, że szaleństwo samego Aliestera było najbardziej namacalne, zwłaszcza dla jego własnych dzieci. Ród Aliestera był najdumniejszym ze wszystkich rodów. Jego członkowie idealnie piekni, zdolni do wyleczenia każdej rany, nawet takiej zadanej srebrem czy ogniem i potrafiący przeświecać ludzką duszę byli pewni tego, że są najszacowniejszym rodem Podziemi.
Rzecz jasna gdyby nie ich nestor.
Dlatego też idealna twarz Syriela wykrzywiła się mimowolnie na samo wspomnienie ojca. Oh, jakąż katorgą musiało być osobiste służenie mu! Anton poczuł ukłucie złośliwej satysfakcji.
-Oczywiście panie Syrielu, z najwyższą  radością pomówię z twym ukochanym ojcem, opiekunem i wzorem dla całego waszego rodu.

C.D.N.

piątek, 21 września 2012

2. Rewolwerowiec cz.1


2
REWOLWEROWIEC

Trawiaste wzgórza rozpościerały się jak okiem siegnąć. Wszechobecne lasy  zdawały się ciemne i groźne w jaskrawym świetle zachodu. Słońce kryło się powoli pomiędzy dwoma wzgórzami, a w jego stronę zmierzał jeździec. Pomarańczowe światło raziło go w oczy, jednak był do tego przyzwyczajony, chyba połowe swego życia przesiedział w siodle, a nie był już młodzieńcem. Poza tym kapelusz z szerokim rondem pomagał. Mężczyzna miał hardą, ogorzałą od słońca i niewygody twarz, jego długie, ciemne, postrzępione włosy powiewały leniwie na wietrze, podobnie jak poły jego brązowego skórzanego płaszcza.  Lubił tę okolicę.  Wzgórza i lasy odgradzały  go od wszystkich osad i miasteczek dookoła, panował tu cisza i samotność.  W pobliżu można było znaleźć nawet pradawny, na poły zrujnowany marmurowy grobowiec. Cóż, to także budowało atmosfere spokoju, nawet jeśli był to spokój wiekuisty.
Koń podążał niespiesznie, jednak jeździec z każdym krokiem krzywił twarz. Z pretensją spoglądał na swe zabandażowane udo, jakby chciał rzucić swojej ranie wyzwanie. Niech suka tylko odważy się otworzyć w trakcie podróży. Nie była to pierwsza sytuacja kiedy ktoś go postrzelił, co to to nie. Mężczyzna pamiętał każdy postrzał i ranę ciętą jaką dostał. Z tą było ich dokładnie trzydzieści sześć. Zawsze uważał za zabawny fakt, że o ile w tej sytuacji pamięć go nie zawodziła, to, za żadne skarby, nie mógł spamiętać w jakim dokładnie wieku był. Ile miał lat? Czterdzieści? Więcej? Mniej? Cóż, coś koło tego. Po prostu, kiedyś tracił rachubę lat i zim i nigdy już do niej nie wrócił. Bawiła go myśl, że może ma tyle lat co ran. Trzydzieści sześć. Brzmi nieźle. Będzie musiał przypilnować by zostać znów postrzelonym w przyszłym roku.
Cóż, nie powinno to być trudne. Był rewolwerowcem, takie rzeczy się zdarzały ciągle. Cóż, może poza tą ostatnią raną.  Zazwyczaj raniono go gdy przyjaciele któregoś z jego przeciwników chcieli się zemścić. Albo w bójkach w karczmach. Albo gdy go napadnięto. Oczywiście, bywało także, że jakiś nieszczęśnik w trakcie pojedynku zdołał wystrzelić i go drasnąć nim wyzionął ducha. Ci byli nieźli. Ale tym razem został zdradzony.
 Słyszał, że niewierność boli najbardziej, nigdy jednak tego nie doświadczył, aż do wczorajszego dnia. Była to praca jak każda inna, jakiś bandzior grasował w okolicznych lasach i osadach, więc wydano za nim list gończy. Trzeba go było znaleźć i wyzwać na pojedynek. Ten konkretny był głupi i dumny więc się zgodził. Rano, zgodnie ze zwyczajem stanęli naprzeciw siebie na środku osady. Kiedy zegarł wybił po raz ósmy, obaj wystrzelili. Tylko że jego rewolwer tego nie zrobił. Spust zię zaciął i mężczyzna stracił całe mrugnięcie okiem zanim rewolwer zaskoczył i wypluł kulę. Na szczęście bandyta był nie tylko głupi i dumny ale przeceniał swe umiejętności. Mimo olbrzymiej przewagi dalej był wolniejszy od rewolwerowca. Dopiero kiedy kula z impetem wbiła się w jego ciało, wystrzelił. Wstrząs speawił, że strzał był chybiony. Cóż, prawie.
Kula zraniła mężczyznę w udo. Mieszkańcy osady z wdzięczności opatrzyli mu nogę i nakarmili, jednak rewolwerowiec nie zwykł był prosić o pomoc, więc z samego rana zebrał się i wyruszył. Jednak teraz, po dniu jazdy rana odzywała się ostrym przeszywającym bólem, a on sam czuł, że głowa mu coraz bardziej ciąży. Będzie musiał zatrzymać się na noc, i to już niedługo. To wszystko twoja wina, pomyślał spoglądając na swoja broń. Byłeś ze mną od trzydziestu pięciu ran, a teraz coś takiego?
Z zamyślenia wyrwał go krzyk. Przeszywający wrzask wypełnił jego głowę. Dobiegał spomiędzy pobliskiego podnóża góry otoczonego przez pierścień drzew.   
Cóż, nie moja sprawa, pomyślał, jestem ranny, po cóż mi pakować się w jakieś nowe tarapaty? Pewnikiem to niedźwiedź albo mantykora dorwała jakiegoś nieszczęśnego drwala. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że i tak będzie przejeżdżał obok tamtych drzew. Nic się przecież nie stanie jeśli zerknie w tamtą stronę. Im bliżej żródła krzyku był tym więcej był w stanie dosłyszeć. Najpierw tylko ten wrzask, który odzywał się raz za razem, potem jednak pojawiły się śmiechy i rozesmiane głosy. Nie podobało mu się to. Niedźwiedzie i mantykory nie śmiały się atakując ofiarę. Jedynie ludzie. Kiedy był na tyle blisko, by móc dostrzec coś pomiędzy drzewami, zatrzymał konia. Nie byli daleko, dostrzegł przede wszystkim światło ogniska, stało tam także kilka sylwetek. Po chwili zaś wypatrzył także sporą skałę, na której rozwieszona była kolejna ludzka sylwetka.
Pewnie złapali jakiegoś bandytę. Na pewno zasłużył, zapewniał go głos rozsądku. Może nawet by go posłuchał, ale wtedy rozległ się kolejny wrzask. Rewolwerowiec zacisnął ręce na lejcach. Zszedł z konia i cicho zakradł się pomiedzy drzewa.  Stąpał ostrożnie, lecz i tak co chwile jakas gałązka łamała mu się pod stopami. Cóż, nie był zwiadowcą. Na szczęście tamci wydawali się zbyt zaabsorbowani  swoim zajęciem by to usłyszeć. Skrył się za najbliższym drzewem, by przyjrzeć się im uważniej. Słońce już prawie całkiem skryło się za horyzontem więc to ognisko rozświetlało okolicę. Najpierw spojrzał w stronę tego złapanego, który był tuż poza granicą światła. Okazało się, że ze skały, kilka stóp nad ziemią wyrastało drzewo, któryś z tych tutaj musiał przerzucić przez nie linę by zrobić szubienicę. Biedak na niej wisiał, ze związanymi rękami. Co dziwne dalej się ruszał… może chcieli go udusić? W takim wypadku nie było chwili do stracenia. Śmieszne, pomyślał mężczyzna wyciągając z kabury rewolwer, w tym cieniu nieszczęścnik wydaje się prawie całkiem czarny.
Załadował kule do bębenka i przyjrzał się bandziorom. Nie mógł się nie uśmiechnąć. Było ich akurat sześciu. Trójka stała daleko, blisko tego na skale, jeden właśnie szedł się odlać a dwóch stało przy ognisku trzymając w nim ostrza swoich mieczy. Przyjrzał się srebrzystym klingom, rozgrzewanym w ogniu. Wcześniej nie był pewien, czy będzie z nimi walczył. Nie znał ich przecież. Nie wiedział co się tu zdarzyło. A tedy zobaczył duszącego się człowieka i miecze przypalane nad ogniem.  Zacisnął zęby i wyszedł spomiędzy drzew.
Na początek wycelował właśnie w tych dwóch. Wyciągnął rękę i przymrużył oczy. Odciągnął kurek.  Wszystkie jego myśli w jednej chwili zniknęły. Jego ręka nacisnęła spust, oczy dojrzały jak twarz tamtego zamienia się w jaskrawy czerwony kwiat. W tym czasie ręka nacisnęła spust po raz drugi – kolejna eksplozja czerwieni. Tamta trójka zdołała zorientować  się co się dzieje i ruszyli w jego stronę. Nie szkodzi, miał dużo czasu. Trzeci strzał, tym razem w klatkę piersiową, wystarczy minimalny ruch by namierzyć czwartego i…
Nic. Jego palec szaleńczo zaciskał się na spuście, lecz ten ani drgnął. Jego rewolwer się zaciął. Nic nie boli tak jak zdrada przyjaciela. Mężczyzna spojrzał ze smutkiem na swą zaufaną broń. Już dawno powinienem wywalić ten grat, zdołał jeszcze pomyśleć. Był tak zdumiony, że nie zauważył, że jeden z tamtych wyciągnął z za paska długi bicz o rozwidlonych srebrzystych końcówkach i się nim zamachnął. Ostry koszmarny ból przejechał po jego lewej łopatce i barku rozdzierając jego ciało.
A więc trzydzieści siedem, pomyślał, umrę w wieku trzydziestu siedem ran.
Nic już więcej nie pomyślał.

wtorek, 18 września 2012

1. Arvyll


1
ARVYLL

Anton przejechał dłońmi po okładce książki. Stara skóra była gładka i zimna w dotyku  a wklęsłe tłoczenia liter tytułu były niczym koryto rzeki dla jego palców. Nie miał tej książki w ręku już od lat, jednak, gdy tylko przymknął oczy, rozpoznawał każdą drobną bruzdę na okładce, każde zagięcie.  Kiedy ją czytał był jeszcze dzieckiem i znał wszystkie jej szczegóły i sekrety, tak jak tylko dziecko może poznać swą ukochaną zabawkę. Niestety, takie spotkania po latach, zawsze wywoływały w nim dziwne uczucia. Rzeczywistość ujmowała jego wspomnieniom piękna; jego niegdyś ulubione ryciny nie były tak misterne ani przerażające jak je zapamiętał. W jego pamięci każda jedna była tak pełna szczegółów i tętniąca życiem, tym czasem teraz dostrzegał błędy w perspektywie i proporcjach ciała, tła były ledwie zarysowane, a większość twarzy toporna.  Jego dojrzalsze oczy dostrzegały jednak inne elementy, choćby to jak dokładnie narysowane zostały wszelkie zbroje i broń.  Anton skrzywił się lekko – nie była to ta sama książka którą przeglądał niegdyś, nawet jeśli bez wątpienia była tym samym przedmiotem. Ale przecież czy z nim było inaczej?  Przecież nie był już tym samym chłopcem co wtedy, teraz był już piętnastoletnim mężczyzną. Myśl, że właśnie odczuł nostalgię właściwą tylko ludziom starym i dojrzałym wzbudziła w nim ciepłe poczucie dumy.
Przewrócił z cichym szelestem strony i otworzył książkę na początku. Doskonale wiedział jakie będą pierwsze zdania. Były to chyba pierwsze słowa jakie samodzielnie przeczytał:
„Zakon naucza, że zazdrość syna do ojca dała początek nieumarłym. W czasach kiedy nawet krainy elfów nie poznały tajników Sztuki, Arvyll, Pan Dymu i Luster, bóg kłamstw,ułudy i wszystkiego co nie jest prawdą, zapragnął władzy i potęgi swego ojca Demiurga bożego rodzica i stwórcy wszystkiego. Zazdrość ta posuwała go do coraz to nowych podstępów i spisków, lecz mądrość i siła Demiurga za każdym razem zwyciężała. Arvyll był jednak sprytnym bogiem, jego fortele nigdy nie wskazywały na niego. Niezliczoną ilość razy to jego przyjaciele i bracia ponosili kary należne jemu. „
Lata temu Anton lubił czytać o spiskach i knowaniach Arvylla, jego przygody były ciekawe i często zabawne.  Aby ukraść władzę ojcu, podstępny bóg często przybierał postać jednego ze swych braci lub sióstr, zazwyczaj jednak okoliczności były mu przeciwne i kończył on pożarty przez jakiegoś stwora albo utopiony na bagnach. Teraz chłopiec widział, że ta część historii musiała być dodana później, może przepisana z jakiegoś innego mitu lub legendy. Rażące było bowiem jak bardzo ta część nie pasowała do tego co miało zdarzyć się potem. Przewrócił kilkadziesiąt stron, i znów zaczął czytać:
„Po kolejnym fortelu który spalił na panewce, Arvyll zstąpił z boskiego królestwa wprost w krainę zamieszkaną przez elfów i ludzi. Przepełniony wściekłością i frustracją, nie chciał by jego ojciec go dostrzegł, więc wdrapał się na wysoki dąb by skryć się w jego koronie. Spędził tam wiele dni przyglądając się pobliskim pałacom elfów, ich szklistym wieżom i złotym kopułom. Spoglądał też na proste ludzkie domostwa, ich pola uprawne i zwierzęta.  Mimo, że zarówno elfowie jak i ich pokraczni, karłowaci kuzyni byli dziełem Demiurga, Arvyllowi wydali się z jakiegoś powodu zajmujący. Zafascynowany, Arvyll nie dostrzegł kiedy nad jego głową zatrzymało się słońce.
-Arvyllu? –Zapytało-  cóż sprowadza cię do krainy elfów? Bóg spojrzał na słońce, które było niewiele młodsze od jego ojca.  Nigdy nie zajmowało się problemami innych ani ich intrygami, pełniło swą rolę bez chwili wytchnienia. Jednak było także mądre. Arvyll uznał, że może ono mu poradzić
-Słońce, mój dobry ojciec Demiurg od początku istnienia sprawuje pieczę nad Krainą Bogów, mnie jednak mierzi już jego władanie. Teraz wiem, że nie zdołam zająć jego miejsca, świetlista korona mogłaby równie dobrze być przyrośnięta do jego starej głowy. Usiadłem więc tu by nacieszyć się chwilą wolności, z dala od jego sprawiedliwego wzroku.
-Bogu- przemówiło słońce- jeśli pragniesz korony, czemu sam jej sobie nie wykujesz? Wszak Kraina Bogów nie jest jedyną nad którą świecę.
Arvyll wpierw chciał zbesztać swego rozmówcę za niedorzeczne pomysły, lecz wtedy spojrzał jeszcze raz na świat elfów. Tak, to były ziemie które Pan Dymu i Luster mógł wziąć we władanie. Tutaj mógł wykuć własną cienistą koronę która byłaby krzywym odbiciem tej należącej do jego ojca. Arvyll zszedł z drzewa i pokłonił się uprzejmie Słońcu.
-Dzięki ci za twą mądrość, istotnie, tak uczynię. Proszę cie jednak, byś dochowało tajemnicy. Żaden z bogów, nie może poznać mych zamiarów. W zamian za to całe moje królestwo i potomkowie będą cię wielbić i wyznawać obok mnie.
Słońce zgodziło się, po czym oboje pożegnali się serdecznie i każde udało się w swoją stronę.”
Anton  ziewnął. To zabawne, kiedy był dzieckiem nie dostrzegał jak absurdalne były te opowieści. Czemu wiecznie knujący bóg kłamstw miał uzewnętrzniać się słońcu? Czemu ten bóg nie wymyślił założenia własnego królestwa sam z siebie? Chłopak westchnął. Kiedyś zapytał swojego pana ojca o to, czemu musi czytać te bajki jak kroniki historyczne, kiedy oczywistym jest, że nie może to być prawda. „To jest prawda.” Odpowiedział ojciec, „Zostało to spisane w tej opowieści, toteż jest to prawda czystsza i większa niż jakiekolwiek wydarzenie które mogło zaistnieć w rzeczywistości. Te fakty i  zdarzenia zwiędną i uschną podczas gdy prawda opowieści trwać będzie nadal.” Anton nie zrozumiał wtedy co jego pan ojciec miał na myśli. Po prawdzie dalej tego nie rozumiał. Cóż, bez względu na to co sam pan Cronnoss twierdzi, to co tutaj opisane było po prostu głupie.  Z powątpiewaniem, Anton przewrócił stronę.
„Arvyll wiedział, że nie było możliwym, by sam założył swe wspaniałe królestwo cieni.  Gdyby pozostał na ziemiach elfów, jego nieobecność prędzej czy później byłaby zauważona. Obmyślił więc plan. Spomiędzy wszystkich śmiertelnych, ludzi i elfów jednakowo, wybrał pięciu, w których dostrzegł największy potencjał. Szermierz, mag, najemnik, zdrajca i kapłan – ta piątka miała być kluczem do władania tymi ziemiami. Pan dymu i luster połączył ich dusze ze swoją nierozerwalnymi więzami, dzięki temu mogli oni wykonywać jego wolę w zamian korzystając z daru nieśmiertelności i prawie boskiej potęgi.”
Dość, pomyślał chłopiec. Z hukiem zamknął tomiszcze i odstawił na półkę. Przyjemnie było powrócić do tej historii, jednak istotnie, nie było żadnego fragmentu którego by nie pamiętał. Mógł z pamięci recytować dalszy bieg opowieści. Jak Piątka przemierzała krainę mordując i niszcząc w imię Arvylla, jak całe armie nie były w stanie ich skrzywdzić z racji ich półboskości. Pamiętał dokładnie opis tego jak zdradzieckie słońce, widząc rzeź w krainie, udało się do Demiurga by donieść o przewinach Arvylla i tchórzliwie zataić swój udział w całym wydarzeniu.  To co się potem działo zawsze przerażało Antona kiedy był dzieckiem, albowiem Demiurg w szale zabił swego syna i rozerwał go na kawałki. Opis ten był nad wyraz krwawy i obrazowy. Na szczęście, zdaniem jego ojca, to nie ten fragment był kluczowy. Ku wielkiej uldze małego chłopca, Cronnoss kazał skupiać mu się na tym co stało się z Piątką. To jak po śmierci swego boga oni też padli bez życia,a także to jak po wielu dniach jednak przebudzili się. I wreszcie jak, bez cząstki duszy Arvylla która podtrzymywałaby ich niesmiertelność i potęgę, musieli zacząć wysysać życie ze śmiertelnych. Cóż, pomyślał Anton, kiedy się na tym zastanowić, to przecież fragment, opisujący jak Piątka zamieniła się w Wampirzy Wyższy Klan, powinna przyprawiać go o koszmary, nie zaś zwykła krwawa scena walki. To zabawne jak czasem funkcjonuje umysł dziecka i jak koszmarne sceny może znieść tylko po to by ulegać wiele banalniejszym strachom. Anton lubił dostrzegać to jak niemądry był jako dziecko. To pomagało mu dostrzec drogę jaka przebył od tamtych czasów.
Teraz bowiem stał przed ostatnią próbą jaka dzieliła go od dostąpienia boskości. Przez dziesięć lat Cronnoss uczył go i sprawdzał, chcąc stworzyć z niego swego idealnego dziedzica. Próby były ciężkie i skomplikowane, lecz koniec końców została tylko ta jedna- wyjście na powierzchnię. Chłopak raz jeszcze rozjerzał się po swojej komnacie. Wszystkie wielkie szafy z ciemnego, rzeźbionego drewna stały teraz otwarte,  jego wielkie łoże wyłożone było ubraniami . Aksamitne fraki, długie płaszcze i koszule z żabotem porozrzucane były także po całej marmurowej posadzce. Anton od dziesięciu lat nie opuszczał Podziemii, skąd u licha miał wiedzieć co zabrać ze sobą!? Ostatecznie wybrał ubrania które wydały mu się najbardziej przydatne w podróży, wytrzymałe materiały i stonowane barwy, a także jeden czarny frak o złotych guzikach. Co by się nie działo, ciągle pozostawał księciem. Kiedy sprawdził ponownie wszytkie swoje pakunki i upewnił się, że nic nie pominął stanął przed wielkim kryształowym lustrem i przyjrzał się sobie. Nie przepadał za własną twarzą, miał niezdrową cerę, za duży nos i zbyt dziecinne rysy. Ciemne włosy ledwie sięgające ramion kreciły się w idiotyczne loki i zawsze wyglądały na tłuste.  Tego dnia jednak podróżne ubranie psrawiało, że prezentował się dużo lepiej. Gryba skórzana kurta którą zakładał na treningi szermiercze, wysokie buty i rapier przytroczony do pasa sprawiało, że wygladał zawadiacko i dorośle. Zamaszystym ruchem wyciągnał rapier z pochwy i wymierzył nim w swe lustrzane odbicie. Kiedy groźnie zmrużył oczy, myśląc nad wystarczająco dramatycznym okrzykiem dostrzegł, że u wejścia do jego komnaty stoi ojciec. Anton błyskawicznie schował broń i pokłonił się nisko mu nisko, przeklinając w duchu swą infantylność i głupotę.
-Panie, wybacz ja…przygotowywałem się do podróży.- Głos chłopaka łamał się, brak było mu pewności, jak zawsze kiedy rozmawiał z ojcem. Cronnoss stał w drzwiach, jak zawsze odziany w idealnie czarną, długą szatę. Owijała ona ciasno jego wuchodzoną sylwetkę, kiedy zaś się poruszał, wygladało to jakby szata przelewała się jak woda. Twarz niknęła w idealnym, nieprzeniknionym cieniu rzucanym przez kaptur, Anton po prawdzie był prawie pewien, że gdyby opuścić ten przeklęty kaptur nie byłoby tam żadnej twarzy. Chłopak zdawał sobie sprawę, że to jak widzi swego ojca to ledwie ułuda, jednak dalej czuł lęk patrząc na niego. Zwłaszcza na dłonie. Tylko one czasem wysuwały się z fałd materiału- białe jak kość, chude z nienaturalnie długimi palcami, z końców których powiewały pozrywane nitki, cieńkie jak pajęcze nici.
-Antonie, udawałeś jedynie kogoś kim nie jesteś. Nie ma w tym żadnej przewiny. Pora jednak jest już późna. Czas już byś ruszał.  Weź swe bagaże i idź wschodnim korytarzem, tak jak tłumaczyłem ci wcześniej. Cronnoss zrobił krok w tył robiąc dla Antona miejsce w przejściu. Wskazał właściwy korytarz gestem dłoni, a srebrzyste nitki zawisły w powietrzu na moment utrwalając ten ruch. Chłopak nie ważył się protestować. Wiedział, że kłócenie się z ojcem było pozbawione sensu, poza tym prawdą było, że pora była już późna. Zebrał swoje bagaże i wyszedł z komnaty. Odwrócił się jeszcze raz o omiótł ją jeszcze raz wzrokiem. Patrzył na dziesięć ostatnich lat swego życia.
-Ojcze, kiedy Erwin mnie tu przyprowadził, miałem pięć lat...Od tego czasu znam tylko to miejsce, tylko Podziemia…-Zaczał, samemu nie wiedząc, o co w sumie chce zapytać. Cronnoss poruszył się. Możliwe, że skinął głową.
-Tak Antonie, Erwin przyniósł cię płaczącego i wołającego za rodzicami. Ten skomlący chłopiec jednak nie żyje. Umarł on i wiejski kuglarz jakim mógł się stać. Musiał umrzeć byś mógł istnieć ty, przyszły książe całego mojego rodu.  O co jednak chcesz zapytać?
-Ja…Nie wiem. Chyba o to, co mnie czeka na powierzchni? Nie jestem już jednym z nich, nie jestem…-„człowiekiem” chciał powiedzieć, lecz nie przeszło mu to przez gardło. Nie wiedział czemu.
-Wyruszasz tam by ich poznać, by zrozumieć swoją zwierzynę. Jest to mądrość którą musi posiąść każdy łowca. Nawet bękarty Quevera o tym wiedzą.Wyrusz tam chłopcze, spędź tam następne lata, zrozum na nowo ludzi i znajdź jednego kobietę wartą mego daru. Kiedy odnajdziesz kogoś godnego zostania twą księżną, twója ostatnia próba dobiegnie końca.
Anton pokiwał głową, słyszał te słowa już chyba setkę razy. Spojrzał na ojca, na jego nieistniejącą twarz, jakby oczekiwał, że ten widok jakoś go pokrzepi. Bezsilny sięgnął do drzwi i je zamknął. Wokół niego pozostał tylko wielki korytarz ciemny i zimny, mimo wszystkich pochodni  umocowanych wzdłóż niego.
-Synu, moi współbracia wyrazili chęć pożegnania cię. Co oczywiste, nie zechcą jednak spotkać siebie nawzajem. Tedy spodziewaj się, że każde z nich po kolei trafi na ciebie, by życzyć szczęścia na twej drodze. Bądź dla nich uprzejmy, i pamiętaj by nie lękać się Quevera. Nie zapominaj, że to zwykły kundel.
-Tak panie.- Anton pomyślał z przekąsem, że przecież to jest wyjaśnienie dlaczego nie przerażała go historia przeobrażenia Piątki w potwory. Wszak mieszkał wraz z nimi w jednym pałacu. Cóż za sens w lękaniu się opisów potworów które ma się na co dzień za ścianą? –Będę uprzejmy…I ojcze? Nie zawiodę cię…Przysięgam.
Z tymi słowami Anton ruszył korytarzem. Nie spojrzał już więcej za siebie, wiedział, że ojciec by tego nie pochwalił.
Cronnoss został na miejscu, odprowadzając wzrokiem swego przybranego syna. Kiedy ten oddalił się już na pewną odległość, Cronnoss przemówił cicho do siebie, jak to miał w zwyczaju
-Zawiedziesz mnie Antonie. Zawsze mnie zawodzisz. Wszak, nie powierzałbym ci tego zadania gdyby było inaczej.