sobota, 3 listopada 2012

3. Karykatura


3
KARYKATURA

Oczywiście istnieje dalszy ciąg legendy.  Słońce nie poprzestało na zdradzeniu Arvylla. Kiedy ujrzało jego dzieci, Pięciu, przemierzających krainę, prowadzących za sobą śmierć i gniew z powodu upadku swego ojca, słońce poczęło ranić ich i gryźć swymi promieniami. Gdy tylko słoneczne promienie dotknęły ich skóry, zaczynała ona skwierczeć i zwijać się niczym papier rzucony w ogień. Uciekając przed nienawistnym światłem skryli się w jaskini. Z tego miejsca postanowili rozpocząć budowanie swego królestwa, gdzie słońce nie będzie mogło ich zaatakować. Zaczęli kopać.
Wedle legendy takie były początki Podziemi - gigantycznej pajęczyny tuneli rozciągającej się pod całym kontynentem. Pięciu pazurami i magią tworzyło olbrzymie korytarze: niektóre proste, inne pięknie zdobione, które wiły się i przeplatały ze sobą niczym węże. Lata później, kiedy Pięciu odkryło, że mogą tworzyć  własne rody i naprawdę stało się Wyższym Klanem, Podziemia stały się domem dla wszystkich ich potomków.
Jeden z największych korytarzy był wykuty w kształt heksagonu  i znany jako Sześć Dróg.  Był to olbrzymi tunel z sześcioma równymi, gładko wypolerowanymi kamiennymi ścieżkami  Każda z tych sześciu płaszczyzn, poza dolną, w którymś momencie załamywała się łącząc się z innym korytarzem.  Wszystkie wampiry, z wyjątkiem najniżej urodzonych, żałosnych istot, potrafiły kroczyć po ścianach i sufitach z prawie taką samą łatwością jak po ziemi. Z czasem dolna ścieżka przestała być używana przez szanujących się członków klanów. Zaś by droga ta miała jakieś zastosowanie, a  ci o najrzadszej krwi, którzy zmuszeni byli ją przemierzać, znali swe miejsce wyższe wampiry zaczęły używać jej jako składowiska odpadów.
Znajomość historii wcale nie pomagała Antonowi, który z całych sił próbował podążać Sześcioma Drogami, brodząc po kolana w ludzkich resztkach, zakrwawionych szmatach, połamanej broni i Arvyll raczy wiedzieć jakim jeszcze plugastwie.  W pewnym momencie wyciągnął swój rapier i zaczął nim odgarniać śmieci, lękając się by broń się nie złamała w tak głupi i upokarzający sposób. Od kiedy skręcił w Sześć Dróg zastanawiał się, czemu ojciec wybrał tę drogę na powierzchnię. Mógłby być to jakiś okropny żart, gdyby nie chodziło o Lorda Cronnossa. Cóż, może ojciec uznał, że Antonowi przyda się lekcja pokory? Uświadomienia sobie własnej małości? Wszak wszyscy wielcy od czegoś zaczynają. Przez cierni do gwiazd. To, albo jego wszechpotężny ojciec zapomniał, że jego szanowni wampirzy potomkowie postanowili zasrać całą podłogę resztkami po posiłkach. Cóż, pomyślał Anton, pan ojciec pamiętał przynajmniej by rozświetlić korytarz. Powinien mu być chyba wdzięczny, jako że w całym szaleństwie pakowania nie wziął ze sobą własnego źródła światła.
Pochodnie,  ustawione wzdłuż załamań łączących pojedyncze ścieżki, roztaczały żółte ciepłe swiatło które od zawsze towarzyszyło Antonowi pod ziemią. Wampiry widzą w ciemnościach, więc to specjalnie dla niego zawsze rozjaśniano komnaty i tunele, tak skrupulatnie i szybko, że chłopak mógłby przysiąc, że całe Podziemiasą wyłożone pochodniami.
Dlatego też Anton z taką łatwością dostrzegł dysonans w tej ciepłej pomarańczowej poświacie. Z jednego z zakrętów dochodziło inne światło. Jaśniejsze i zimniejsze, czyste i ostre jak nóż.  Chłopak zatrzymał się, wiedząc co się zbliża.
Zimna, biała jasność stawała się coraz intensywniejsza lecz w pewnym momencie się zatrzymała. Anton zniecierpliwiony czekaniem zrobił kilka kroków w stronę korytarza, nie mógł sam tam wejść jako, że odnogo unosiła się kilka metrów ponad jego głową. Jednak kiedy się zbliżył usłyszał stukot kroków. Uniósł głowę i zobaczyl jak z nachylonego pod kątem wyjścia z korytarza, w niekończącym się potoku białego światła ktoś się wyłonił.  Postępując kilka kroków postać wyszła z jaśniejącego wyjścia, przeszła niespiesznie po ścianie i stanęła naprzeciwko Antona.
Tak jak wszyscy członkowie rodu Aliestera, cóż, prawie wszyscy, wyglądał perfekcyjnie. Jego twarz była idealnie symetryczną, piękną twarzą anioła, bladą jak marmur, doskonale smutną i nieodgadniętą. Włosy, podobnie białe jak skóra, lecz zawierające odległe echa jakiejś ciepłej barwy były długie i związane luźno aksamitna wstążką. Ich końce tańczyły delikatnie jakby były zanurzone w wodzie.  Był odziany zgodnie z modą Aliesterów, w aksamity i jedwabie. Jego frak uszyty z najlepszych materiałów był w kolorze ciemnej zieleni.
No i pozostawały rzecz jasna jego oczy.
Mężczyzna skłonił się tak nisko jak wymagała tego etykieta.
-Paniczu Antonie, witam cię. Tak, pomyślał chłopak, wampirom nie przejdzie przez gardło nazwanie go księciem póki jego serce jeszcze bije, więc wynaleźli miły neutralny, niewiele znaczący tytuł. Niemniej Anton także ukłonił się po dworsku.
-Także cię witam panie Syrielu, heroldzie lorda Aliestera, czy mogę jakoś służyć ci pomocą?
-Dziękuję za troskę lecz sądzę, że obędę się bez twej pomocy młody paniczu. Głos wampira stał się zimniejszy. Chłopak zrozumiał, że sugerując, że mógłby potrzebować w jakimkolwiek momencie pomocy ludzkiego chłopca znieważył go.
Syriel wyprostował się i wejrzał się w chłopaka. Anton wiedział, że musi przynajmniej spróbować wytrzymać jego spojrzenie.
Pozostawało to problemem, jako, że wyjątkowo długi o bolesny proces zmiany w aliestera zaczyna się wytopieniem oczu które spływają po policzkach niczym szkliste łzy, zaś kończy się gdy z pustych oczodołów wystrzeliwują snopy jasnego rażącego światła.
Anton z wysiłkiem podniósł wzrok w stronę dwóch jaśniejacych gwiazd w twarzy Syriela. Oczy go piekły jakby ktoś mu je zalewał roztopionym złotem, lecz nie to było najgorsze. Anton czuł jak herold przeszywa go na wylot swym świetlistym spojrzeniem, jakby ten mógł przeczytać w jego duszy o wszystkich myślach i kłamstwach na jakie kiedykolwiek sobie pozwolił. Anton czuł wstyd i obrzydzenie do siebie, był małym nic nie znaczącym dzieckiem w obliczu czegoś tak pięknego i potężnego. Miał ochotę zwinąć się w kłębek, zakryć się starymi szmatami i kośćmi i pokornie czekac aż sam zamieni się w proch.
Lecz nie odwrócił wzroku. Wytężając całą wolę i siły dalej spoglądał w oczy aliestera. Wreszcie wampir odwrócił lekko głowę skupiając wzrok na czym innym, a Anton poczuł, że cały ten ból, cały wstyd i udręka nie trwały dłużej niż jedno mrugnięcie okiem. Zaledwie sekundę.
Teraz mógł na moment przymknąć załzawione oczy. Wypełniało go uczucie satysfakcji. Wiedział, że świetliste spojrzenie aliesterów jest zdolne przewiercić się przez ludzką dusze i dostrzec wszystkie kłamstwa i oszustwa jeśli mu ulec. A on miał zostać księciem całego rodu Cronnossa, nie mógł sobie pozwolić by pierwszy lepszy aliester go tak upokorzył.
-Paniczu Antonie, czy coś nie tak? Proszę o wybaczenie jeśli moja odpowiedź zabrzmiała nieuprzejmie. Anton szybko otworzył oczy i spojrzał na Syriela, oczywiście unikając bezpośredniego patrzenia mu w oczy.
-Ależ skąd panie Syrielu, uległem tylko chwili typowo ludzkiej słabości. Licze na to, że w niedługim czasie będę mógł się jej pozbyć.
-Rozumiem. Jeśli panicz pozwoli, mój ojciec, miłościwie władający lord Aliester przechodził akurat niedaleko i usłyszawszy o twojej wyprawie uprzejmie pyta czy nie zechciałbyś poświęcić mu kilku minut.
Uwadze Antona nie uszedł fakt, że przez twarz Syriela, jak dotąd idealnie obojętną i niezmienną, przeszło coś co mogło być cieniem grymasu.
Chłopak wiedział czemu.
Wyższy Klan, przez wieki pożywiając się życiami innych uległ zmianom. Dokładna natura tych zmian nie została wyjasniona, lecz każde z Piątki zmieniało się fizycznie, im bardziej oddalało się od swego człowieczeństwa i śmiertelności. Obecnie członkowie Wyższego Klanu przypominali bardziej potwory z sennych koszmarów niż cokolwiek innego. Pan Cronnos owijał swe ciało czarnymi szatami, by ukryć swa potworność, lecz wystarczyło spojrzeć na dłonie by wiedzieć.
Lecz, jak wyjasnił mu Cronnoss, zmiany ciała były niczym wobec tego co działo się z ich umysłami . Każde z nich popadało w swój rodzaj obłędu. Przestraszony Anton zapytał swgo pana ojca o to czy on także jest obłąkany. Cronnoss odpowiedział mu wtedy „Synu, zarówno ja jak i wszyscy których nazywa się wampirami są obłąkani. Żyjemy choć umarliśmy, żyjemy pod ziemią miast na niej. Prawdą jest, że ty także jesteś obłąkany. Gdybyś nie był, nie mógłbyś mieszkać tutaj z nami”. Antonowi bynajmniej nie zrobiło się lepiej od tej odpowiedzi.
Nie zmieniało to jednak faktu, że szaleństwo samego Aliestera było najbardziej namacalne, zwłaszcza dla jego własnych dzieci. Ród Aliestera był najdumniejszym ze wszystkich rodów. Jego członkowie idealnie piekni, zdolni do wyleczenia każdej rany, nawet takiej zadanej srebrem czy ogniem i potrafiący przeświecać ludzką duszę byli pewni tego, że są najszacowniejszym rodem Podziemi.
Rzecz jasna gdyby nie ich nestor.
Dlatego też idealna twarz Syriela wykrzywiła się mimowolnie na samo wspomnienie ojca. Oh, jakąż katorgą musiało być osobiste służenie mu! Anton poczuł ukłucie złośliwej satysfakcji.
-Oczywiście panie Syrielu, z najwyższą  radością pomówię z twym ukochanym ojcem, opiekunem i wzorem dla całego waszego rodu.

C.D.N.