1
ARVYLL
Anton przejechał dłońmi po
okładce książki. Stara skóra była gładka i zimna w dotyku a wklęsłe tłoczenia liter tytułu były niczym
koryto rzeki dla jego palców. Nie miał tej książki w ręku już od lat, jednak,
gdy tylko przymknął oczy, rozpoznawał każdą drobną bruzdę na okładce, każde
zagięcie. Kiedy ją czytał był jeszcze
dzieckiem i znał wszystkie jej szczegóły i sekrety, tak jak tylko dziecko może
poznać swą ukochaną zabawkę. Niestety, takie spotkania po latach, zawsze
wywoływały w nim dziwne uczucia. Rzeczywistość ujmowała jego wspomnieniom
piękna; jego niegdyś ulubione ryciny nie były tak misterne ani przerażające jak
je zapamiętał. W jego pamięci każda jedna była tak pełna szczegółów i tętniąca
życiem, tym czasem teraz dostrzegał błędy w perspektywie i proporcjach ciała,
tła były ledwie zarysowane, a większość twarzy toporna. Jego dojrzalsze oczy dostrzegały jednak inne
elementy, choćby to jak dokładnie narysowane zostały wszelkie zbroje i
broń. Anton skrzywił się lekko – nie
była to ta sama książka którą przeglądał niegdyś, nawet jeśli bez wątpienia
była tym samym przedmiotem. Ale przecież czy z nim było inaczej? Przecież nie był już tym samym chłopcem co
wtedy, teraz był już piętnastoletnim mężczyzną. Myśl, że właśnie odczuł
nostalgię właściwą tylko ludziom starym i dojrzałym wzbudziła w nim ciepłe
poczucie dumy.
Przewrócił z cichym szelestem
strony i otworzył książkę na początku. Doskonale wiedział jakie będą pierwsze
zdania. Były to chyba pierwsze słowa jakie samodzielnie przeczytał:
„Zakon naucza, że zazdrość syna do ojca dała początek nieumarłym. W
czasach kiedy nawet krainy elfów nie poznały tajników Sztuki, Arvyll, Pan Dymu
i Luster, bóg kłamstw,ułudy i wszystkiego co nie jest prawdą, zapragnął władzy
i potęgi swego ojca Demiurga bożego rodzica i stwórcy wszystkiego. Zazdrość ta
posuwała go do coraz to nowych podstępów i spisków, lecz mądrość i siła
Demiurga za każdym razem zwyciężała. Arvyll był jednak sprytnym bogiem, jego
fortele nigdy nie wskazywały na niego. Niezliczoną ilość razy to jego
przyjaciele i bracia ponosili kary należne jemu. „
Lata temu Anton lubił czytać o
spiskach i knowaniach Arvylla, jego przygody były ciekawe i często zabawne. Aby ukraść władzę ojcu, podstępny bóg często
przybierał postać jednego ze swych braci lub sióstr, zazwyczaj jednak
okoliczności były mu przeciwne i kończył on pożarty przez jakiegoś stwora albo
utopiony na bagnach. Teraz chłopiec widział, że ta część historii musiała być
dodana później, może przepisana z jakiegoś innego mitu lub legendy. Rażące było
bowiem jak bardzo ta część nie pasowała do tego co miało zdarzyć się potem.
Przewrócił kilkadziesiąt stron, i znów zaczął czytać:
„Po kolejnym fortelu który spalił na panewce, Arvyll zstąpił z boskiego
królestwa wprost w krainę zamieszkaną przez elfów i ludzi. Przepełniony
wściekłością i frustracją, nie chciał by jego ojciec go dostrzegł, więc wdrapał
się na wysoki dąb by skryć się w jego koronie. Spędził tam wiele dni
przyglądając się pobliskim pałacom elfów, ich szklistym wieżom i złotym
kopułom. Spoglądał też na proste ludzkie domostwa, ich pola uprawne i
zwierzęta. Mimo, że zarówno elfowie jak
i ich pokraczni, karłowaci kuzyni byli dziełem Demiurga, Arvyllowi wydali się z
jakiegoś powodu zajmujący. Zafascynowany, Arvyll nie dostrzegł kiedy nad jego
głową zatrzymało się słońce.
-Arvyllu? –Zapytało- cóż sprowadza cię do krainy elfów? Bóg
spojrzał na słońce, które było niewiele młodsze od jego ojca. Nigdy nie zajmowało się problemami innych ani
ich intrygami, pełniło swą rolę bez chwili wytchnienia. Jednak było także
mądre. Arvyll uznał, że może ono mu poradzić
-Słońce, mój dobry
ojciec Demiurg od początku istnienia sprawuje pieczę nad Krainą Bogów, mnie
jednak mierzi już jego władanie. Teraz wiem, że nie zdołam zająć jego miejsca,
świetlista korona mogłaby równie dobrze być przyrośnięta do jego starej głowy.
Usiadłem więc tu by nacieszyć się chwilą wolności, z dala od jego
sprawiedliwego wzroku.
-Bogu- przemówiło
słońce- jeśli pragniesz korony, czemu sam jej sobie nie wykujesz? Wszak Kraina
Bogów nie jest jedyną nad którą świecę.
Arvyll wpierw chciał
zbesztać swego rozmówcę za niedorzeczne pomysły, lecz wtedy spojrzał jeszcze
raz na świat elfów. Tak, to były ziemie które Pan Dymu i Luster mógł wziąć we
władanie. Tutaj mógł wykuć własną cienistą koronę która byłaby krzywym odbiciem
tej należącej do jego ojca. Arvyll zszedł z drzewa i pokłonił się uprzejmie
Słońcu.
-Dzięki ci za twą
mądrość, istotnie, tak uczynię. Proszę cie jednak, byś dochowało tajemnicy.
Żaden z bogów, nie może poznać mych zamiarów. W zamian za to całe moje
królestwo i potomkowie będą cię wielbić i wyznawać obok mnie.
Słońce zgodziło się,
po czym oboje pożegnali się serdecznie i każde udało się w swoją stronę.”
Anton ziewnął. To
zabawne, kiedy był dzieckiem nie dostrzegał jak absurdalne były te opowieści.
Czemu wiecznie knujący bóg kłamstw miał uzewnętrzniać się słońcu? Czemu ten bóg
nie wymyślił założenia własnego królestwa sam z siebie? Chłopak westchnął. Kiedyś
zapytał swojego pana ojca o to, czemu musi czytać te bajki jak kroniki
historyczne, kiedy oczywistym jest, że nie może to być prawda. „To jest
prawda.” Odpowiedział ojciec, „Zostało to spisane w tej opowieści, toteż jest
to prawda czystsza i większa niż jakiekolwiek wydarzenie które mogło zaistnieć
w rzeczywistości. Te fakty i zdarzenia zwiędną
i uschną podczas gdy prawda opowieści trwać będzie nadal.” Anton nie zrozumiał
wtedy co jego pan ojciec miał na myśli. Po prawdzie dalej tego nie rozumiał. Cóż,
bez względu na to co sam pan Cronnoss twierdzi, to co tutaj opisane było po
prostu głupie. Z powątpiewaniem, Anton
przewrócił stronę.
„Arvyll wiedział, że
nie było możliwym, by sam założył swe wspaniałe królestwo cieni. Gdyby pozostał na ziemiach elfów, jego
nieobecność prędzej czy później byłaby zauważona. Obmyślił więc plan. Spomiędzy
wszystkich śmiertelnych, ludzi i elfów jednakowo, wybrał pięciu, w których dostrzegł
największy potencjał. Szermierz, mag, najemnik, zdrajca i kapłan – ta piątka
miała być kluczem do władania tymi ziemiami. Pan dymu i luster połączył ich
dusze ze swoją nierozerwalnymi więzami, dzięki temu mogli oni wykonywać jego
wolę w zamian korzystając z daru nieśmiertelności i prawie boskiej potęgi.”
Dość, pomyślał chłopiec. Z hukiem zamknął tomiszcze i
odstawił na półkę. Przyjemnie było powrócić do tej historii, jednak istotnie,
nie było żadnego fragmentu którego by nie pamiętał. Mógł z pamięci recytować
dalszy bieg opowieści. Jak Piątka przemierzała krainę mordując i niszcząc w
imię Arvylla, jak całe armie nie były w stanie ich skrzywdzić z racji ich półboskości.
Pamiętał dokładnie opis tego jak zdradzieckie słońce, widząc rzeź w krainie,
udało się do Demiurga by donieść o przewinach Arvylla i tchórzliwie zataić swój
udział w całym wydarzeniu. To co się
potem działo zawsze przerażało Antona kiedy był dzieckiem, albowiem Demiurg w
szale zabił swego syna i rozerwał go na kawałki. Opis ten był nad wyraz krwawy
i obrazowy. Na szczęście, zdaniem jego ojca, to nie ten fragment był kluczowy.
Ku wielkiej uldze małego chłopca, Cronnoss kazał skupiać mu się na tym co stało
się z Piątką. To jak po śmierci swego boga oni też padli bez życia,a także to
jak po wielu dniach jednak przebudzili się. I wreszcie jak, bez cząstki duszy
Arvylla która podtrzymywałaby ich niesmiertelność i potęgę, musieli zacząć
wysysać życie ze śmiertelnych. Cóż, pomyślał Anton, kiedy się na tym zastanowić,
to przecież fragment, opisujący jak Piątka zamieniła się w Wampirzy Wyższy Klan,
powinna przyprawiać go o koszmary, nie zaś zwykła krwawa scena walki. To
zabawne jak czasem funkcjonuje umysł dziecka i jak koszmarne sceny może znieść
tylko po to by ulegać wiele banalniejszym strachom. Anton lubił dostrzegać to
jak niemądry był jako dziecko. To pomagało mu dostrzec drogę jaka przebył od
tamtych czasów.
Teraz bowiem stał przed ostatnią próbą jaka dzieliła go od
dostąpienia boskości. Przez dziesięć lat Cronnoss uczył go i sprawdzał, chcąc
stworzyć z niego swego idealnego dziedzica. Próby były ciężkie i skomplikowane,
lecz koniec końców została tylko ta jedna- wyjście na powierzchnię. Chłopak raz
jeszcze rozjerzał się po swojej komnacie. Wszystkie wielkie szafy z ciemnego,
rzeźbionego drewna stały teraz otwarte,
jego wielkie łoże wyłożone było ubraniami . Aksamitne fraki, długie
płaszcze i koszule z żabotem porozrzucane były także po całej marmurowej
posadzce. Anton od dziesięciu lat nie opuszczał Podziemii, skąd u licha miał
wiedzieć co zabrać ze sobą!? Ostatecznie wybrał ubrania które wydały mu się
najbardziej przydatne w podróży, wytrzymałe materiały i stonowane barwy, a
także jeden czarny frak o złotych guzikach. Co by się nie działo, ciągle
pozostawał księciem. Kiedy sprawdził ponownie wszytkie swoje pakunki i upewnił
się, że nic nie pominął stanął przed wielkim kryształowym lustrem i przyjrzał
się sobie. Nie przepadał za własną twarzą, miał niezdrową cerę, za duży nos i
zbyt dziecinne rysy. Ciemne włosy ledwie sięgające ramion kreciły się w idiotyczne
loki i zawsze wyglądały na tłuste. Tego
dnia jednak podróżne ubranie psrawiało, że prezentował się dużo lepiej. Gryba
skórzana kurta którą zakładał na treningi szermiercze, wysokie buty i rapier
przytroczony do pasa sprawiało, że wygladał zawadiacko i dorośle. Zamaszystym
ruchem wyciągnał rapier z pochwy i wymierzył nim w swe lustrzane odbicie. Kiedy
groźnie zmrużył oczy, myśląc nad wystarczająco dramatycznym okrzykiem
dostrzegł, że u wejścia do jego komnaty stoi ojciec. Anton błyskawicznie schował
broń i pokłonił się nisko mu nisko, przeklinając w duchu swą infantylność i głupotę.
-Panie, wybacz ja…przygotowywałem się do podróży.- Głos
chłopaka łamał się, brak było mu pewności, jak zawsze kiedy rozmawiał z ojcem.
Cronnoss stał w drzwiach, jak zawsze odziany w idealnie czarną, długą szatę. Owijała
ona ciasno jego wuchodzoną sylwetkę, kiedy zaś się poruszał, wygladało to jakby
szata przelewała się jak woda. Twarz niknęła w idealnym, nieprzeniknionym
cieniu rzucanym przez kaptur, Anton po prawdzie był prawie pewien, że gdyby
opuścić ten przeklęty kaptur nie byłoby tam żadnej twarzy. Chłopak zdawał sobie
sprawę, że to jak widzi swego ojca to ledwie ułuda, jednak dalej czuł lęk
patrząc na niego. Zwłaszcza na dłonie. Tylko one czasem wysuwały się z fałd
materiału- białe jak kość, chude z nienaturalnie długimi palcami, z końców których
powiewały pozrywane nitki, cieńkie jak pajęcze nici.
-Antonie, udawałeś jedynie kogoś kim nie jesteś. Nie ma w
tym żadnej przewiny. Pora jednak jest już późna. Czas już byś ruszał. Weź swe bagaże i idź wschodnim korytarzem, tak
jak tłumaczyłem ci wcześniej. Cronnoss zrobił krok w tył robiąc dla Antona
miejsce w przejściu. Wskazał właściwy korytarz gestem dłoni, a srebrzyste nitki
zawisły w powietrzu na moment utrwalając ten ruch. Chłopak nie ważył się
protestować. Wiedział, że kłócenie się z ojcem było pozbawione sensu, poza tym
prawdą było, że pora była już późna. Zebrał swoje bagaże i wyszedł z komnaty.
Odwrócił się jeszcze raz o omiótł ją jeszcze raz wzrokiem. Patrzył na dziesięć
ostatnich lat swego życia.
-Ojcze, kiedy Erwin mnie tu przyprowadził, miałem pięć lat...Od
tego czasu znam tylko to miejsce, tylko Podziemia…-Zaczał, samemu nie wiedząc,
o co w sumie chce zapytać. Cronnoss poruszył się. Możliwe, że skinął głową.
-Tak Antonie, Erwin przyniósł cię płaczącego i wołającego za
rodzicami. Ten skomlący chłopiec jednak nie żyje. Umarł on i wiejski kuglarz
jakim mógł się stać. Musiał umrzeć byś mógł istnieć ty, przyszły książe całego
mojego rodu. O co jednak chcesz zapytać?
-Ja…Nie wiem. Chyba o to, co mnie czeka na powierzchni? Nie
jestem już jednym z nich, nie jestem…-„człowiekiem” chciał powiedzieć, lecz nie
przeszło mu to przez gardło. Nie wiedział czemu.
-Wyruszasz tam by ich poznać, by zrozumieć swoją zwierzynę.
Jest to mądrość którą musi posiąść każdy łowca. Nawet bękarty Quevera o tym wiedzą.Wyrusz
tam chłopcze, spędź tam następne lata, zrozum na nowo ludzi i znajdź jednego kobietę
wartą mego daru. Kiedy odnajdziesz kogoś godnego zostania twą księżną, twója
ostatnia próba dobiegnie końca.
Anton pokiwał głową, słyszał te słowa już chyba setkę razy.
Spojrzał na ojca, na jego nieistniejącą twarz, jakby oczekiwał, że ten widok
jakoś go pokrzepi. Bezsilny sięgnął do drzwi i je zamknął. Wokół niego pozostał
tylko wielki korytarz ciemny i zimny, mimo wszystkich pochodni umocowanych wzdłóż niego.
-Synu, moi współbracia wyrazili chęć pożegnania cię. Co
oczywiste, nie zechcą jednak spotkać siebie nawzajem. Tedy spodziewaj się, że
każde z nich po kolei trafi na ciebie, by życzyć szczęścia na twej drodze. Bądź
dla nich uprzejmy, i pamiętaj by nie lękać się Quevera. Nie zapominaj, że to
zwykły kundel.
-Tak panie.- Anton pomyślał z przekąsem, że przecież to jest
wyjaśnienie dlaczego nie przerażała go historia przeobrażenia Piątki w potwory.
Wszak mieszkał wraz z nimi w jednym pałacu. Cóż za sens w lękaniu się opisów
potworów które ma się na co dzień za ścianą? –Będę uprzejmy…I ojcze? Nie
zawiodę cię…Przysięgam.
Z tymi słowami Anton ruszył korytarzem. Nie spojrzał już
więcej za siebie, wiedział, że ojciec by tego nie pochwalił.
Cronnoss został na miejscu, odprowadzając wzrokiem swego
przybranego syna. Kiedy ten oddalił się już na pewną odległość, Cronnoss
przemówił cicho do siebie, jak to miał w zwyczaju
-Zawiedziesz mnie Antonie. Zawsze mnie zawodzisz. Wszak, nie
powierzałbym ci tego zadania gdyby było inaczej.
Już jest! Nie mogę się doczekać tych spotkań w drodze na powierzchnię... Kiedy następna część? Może zrobię ilustracje :p
OdpowiedzUsuń