wtorek, 18 września 2012

1. Arvyll


1
ARVYLL

Anton przejechał dłońmi po okładce książki. Stara skóra była gładka i zimna w dotyku  a wklęsłe tłoczenia liter tytułu były niczym koryto rzeki dla jego palców. Nie miał tej książki w ręku już od lat, jednak, gdy tylko przymknął oczy, rozpoznawał każdą drobną bruzdę na okładce, każde zagięcie.  Kiedy ją czytał był jeszcze dzieckiem i znał wszystkie jej szczegóły i sekrety, tak jak tylko dziecko może poznać swą ukochaną zabawkę. Niestety, takie spotkania po latach, zawsze wywoływały w nim dziwne uczucia. Rzeczywistość ujmowała jego wspomnieniom piękna; jego niegdyś ulubione ryciny nie były tak misterne ani przerażające jak je zapamiętał. W jego pamięci każda jedna była tak pełna szczegółów i tętniąca życiem, tym czasem teraz dostrzegał błędy w perspektywie i proporcjach ciała, tła były ledwie zarysowane, a większość twarzy toporna.  Jego dojrzalsze oczy dostrzegały jednak inne elementy, choćby to jak dokładnie narysowane zostały wszelkie zbroje i broń.  Anton skrzywił się lekko – nie była to ta sama książka którą przeglądał niegdyś, nawet jeśli bez wątpienia była tym samym przedmiotem. Ale przecież czy z nim było inaczej?  Przecież nie był już tym samym chłopcem co wtedy, teraz był już piętnastoletnim mężczyzną. Myśl, że właśnie odczuł nostalgię właściwą tylko ludziom starym i dojrzałym wzbudziła w nim ciepłe poczucie dumy.
Przewrócił z cichym szelestem strony i otworzył książkę na początku. Doskonale wiedział jakie będą pierwsze zdania. Były to chyba pierwsze słowa jakie samodzielnie przeczytał:
„Zakon naucza, że zazdrość syna do ojca dała początek nieumarłym. W czasach kiedy nawet krainy elfów nie poznały tajników Sztuki, Arvyll, Pan Dymu i Luster, bóg kłamstw,ułudy i wszystkiego co nie jest prawdą, zapragnął władzy i potęgi swego ojca Demiurga bożego rodzica i stwórcy wszystkiego. Zazdrość ta posuwała go do coraz to nowych podstępów i spisków, lecz mądrość i siła Demiurga za każdym razem zwyciężała. Arvyll był jednak sprytnym bogiem, jego fortele nigdy nie wskazywały na niego. Niezliczoną ilość razy to jego przyjaciele i bracia ponosili kary należne jemu. „
Lata temu Anton lubił czytać o spiskach i knowaniach Arvylla, jego przygody były ciekawe i często zabawne.  Aby ukraść władzę ojcu, podstępny bóg często przybierał postać jednego ze swych braci lub sióstr, zazwyczaj jednak okoliczności były mu przeciwne i kończył on pożarty przez jakiegoś stwora albo utopiony na bagnach. Teraz chłopiec widział, że ta część historii musiała być dodana później, może przepisana z jakiegoś innego mitu lub legendy. Rażące było bowiem jak bardzo ta część nie pasowała do tego co miało zdarzyć się potem. Przewrócił kilkadziesiąt stron, i znów zaczął czytać:
„Po kolejnym fortelu który spalił na panewce, Arvyll zstąpił z boskiego królestwa wprost w krainę zamieszkaną przez elfów i ludzi. Przepełniony wściekłością i frustracją, nie chciał by jego ojciec go dostrzegł, więc wdrapał się na wysoki dąb by skryć się w jego koronie. Spędził tam wiele dni przyglądając się pobliskim pałacom elfów, ich szklistym wieżom i złotym kopułom. Spoglądał też na proste ludzkie domostwa, ich pola uprawne i zwierzęta.  Mimo, że zarówno elfowie jak i ich pokraczni, karłowaci kuzyni byli dziełem Demiurga, Arvyllowi wydali się z jakiegoś powodu zajmujący. Zafascynowany, Arvyll nie dostrzegł kiedy nad jego głową zatrzymało się słońce.
-Arvyllu? –Zapytało-  cóż sprowadza cię do krainy elfów? Bóg spojrzał na słońce, które było niewiele młodsze od jego ojca.  Nigdy nie zajmowało się problemami innych ani ich intrygami, pełniło swą rolę bez chwili wytchnienia. Jednak było także mądre. Arvyll uznał, że może ono mu poradzić
-Słońce, mój dobry ojciec Demiurg od początku istnienia sprawuje pieczę nad Krainą Bogów, mnie jednak mierzi już jego władanie. Teraz wiem, że nie zdołam zająć jego miejsca, świetlista korona mogłaby równie dobrze być przyrośnięta do jego starej głowy. Usiadłem więc tu by nacieszyć się chwilą wolności, z dala od jego sprawiedliwego wzroku.
-Bogu- przemówiło słońce- jeśli pragniesz korony, czemu sam jej sobie nie wykujesz? Wszak Kraina Bogów nie jest jedyną nad którą świecę.
Arvyll wpierw chciał zbesztać swego rozmówcę za niedorzeczne pomysły, lecz wtedy spojrzał jeszcze raz na świat elfów. Tak, to były ziemie które Pan Dymu i Luster mógł wziąć we władanie. Tutaj mógł wykuć własną cienistą koronę która byłaby krzywym odbiciem tej należącej do jego ojca. Arvyll zszedł z drzewa i pokłonił się uprzejmie Słońcu.
-Dzięki ci za twą mądrość, istotnie, tak uczynię. Proszę cie jednak, byś dochowało tajemnicy. Żaden z bogów, nie może poznać mych zamiarów. W zamian za to całe moje królestwo i potomkowie będą cię wielbić i wyznawać obok mnie.
Słońce zgodziło się, po czym oboje pożegnali się serdecznie i każde udało się w swoją stronę.”
Anton  ziewnął. To zabawne, kiedy był dzieckiem nie dostrzegał jak absurdalne były te opowieści. Czemu wiecznie knujący bóg kłamstw miał uzewnętrzniać się słońcu? Czemu ten bóg nie wymyślił założenia własnego królestwa sam z siebie? Chłopak westchnął. Kiedyś zapytał swojego pana ojca o to, czemu musi czytać te bajki jak kroniki historyczne, kiedy oczywistym jest, że nie może to być prawda. „To jest prawda.” Odpowiedział ojciec, „Zostało to spisane w tej opowieści, toteż jest to prawda czystsza i większa niż jakiekolwiek wydarzenie które mogło zaistnieć w rzeczywistości. Te fakty i  zdarzenia zwiędną i uschną podczas gdy prawda opowieści trwać będzie nadal.” Anton nie zrozumiał wtedy co jego pan ojciec miał na myśli. Po prawdzie dalej tego nie rozumiał. Cóż, bez względu na to co sam pan Cronnoss twierdzi, to co tutaj opisane było po prostu głupie.  Z powątpiewaniem, Anton przewrócił stronę.
„Arvyll wiedział, że nie było możliwym, by sam założył swe wspaniałe królestwo cieni.  Gdyby pozostał na ziemiach elfów, jego nieobecność prędzej czy później byłaby zauważona. Obmyślił więc plan. Spomiędzy wszystkich śmiertelnych, ludzi i elfów jednakowo, wybrał pięciu, w których dostrzegł największy potencjał. Szermierz, mag, najemnik, zdrajca i kapłan – ta piątka miała być kluczem do władania tymi ziemiami. Pan dymu i luster połączył ich dusze ze swoją nierozerwalnymi więzami, dzięki temu mogli oni wykonywać jego wolę w zamian korzystając z daru nieśmiertelności i prawie boskiej potęgi.”
Dość, pomyślał chłopiec. Z hukiem zamknął tomiszcze i odstawił na półkę. Przyjemnie było powrócić do tej historii, jednak istotnie, nie było żadnego fragmentu którego by nie pamiętał. Mógł z pamięci recytować dalszy bieg opowieści. Jak Piątka przemierzała krainę mordując i niszcząc w imię Arvylla, jak całe armie nie były w stanie ich skrzywdzić z racji ich półboskości. Pamiętał dokładnie opis tego jak zdradzieckie słońce, widząc rzeź w krainie, udało się do Demiurga by donieść o przewinach Arvylla i tchórzliwie zataić swój udział w całym wydarzeniu.  To co się potem działo zawsze przerażało Antona kiedy był dzieckiem, albowiem Demiurg w szale zabił swego syna i rozerwał go na kawałki. Opis ten był nad wyraz krwawy i obrazowy. Na szczęście, zdaniem jego ojca, to nie ten fragment był kluczowy. Ku wielkiej uldze małego chłopca, Cronnoss kazał skupiać mu się na tym co stało się z Piątką. To jak po śmierci swego boga oni też padli bez życia,a także to jak po wielu dniach jednak przebudzili się. I wreszcie jak, bez cząstki duszy Arvylla która podtrzymywałaby ich niesmiertelność i potęgę, musieli zacząć wysysać życie ze śmiertelnych. Cóż, pomyślał Anton, kiedy się na tym zastanowić, to przecież fragment, opisujący jak Piątka zamieniła się w Wampirzy Wyższy Klan, powinna przyprawiać go o koszmary, nie zaś zwykła krwawa scena walki. To zabawne jak czasem funkcjonuje umysł dziecka i jak koszmarne sceny może znieść tylko po to by ulegać wiele banalniejszym strachom. Anton lubił dostrzegać to jak niemądry był jako dziecko. To pomagało mu dostrzec drogę jaka przebył od tamtych czasów.
Teraz bowiem stał przed ostatnią próbą jaka dzieliła go od dostąpienia boskości. Przez dziesięć lat Cronnoss uczył go i sprawdzał, chcąc stworzyć z niego swego idealnego dziedzica. Próby były ciężkie i skomplikowane, lecz koniec końców została tylko ta jedna- wyjście na powierzchnię. Chłopak raz jeszcze rozjerzał się po swojej komnacie. Wszystkie wielkie szafy z ciemnego, rzeźbionego drewna stały teraz otwarte,  jego wielkie łoże wyłożone było ubraniami . Aksamitne fraki, długie płaszcze i koszule z żabotem porozrzucane były także po całej marmurowej posadzce. Anton od dziesięciu lat nie opuszczał Podziemii, skąd u licha miał wiedzieć co zabrać ze sobą!? Ostatecznie wybrał ubrania które wydały mu się najbardziej przydatne w podróży, wytrzymałe materiały i stonowane barwy, a także jeden czarny frak o złotych guzikach. Co by się nie działo, ciągle pozostawał księciem. Kiedy sprawdził ponownie wszytkie swoje pakunki i upewnił się, że nic nie pominął stanął przed wielkim kryształowym lustrem i przyjrzał się sobie. Nie przepadał za własną twarzą, miał niezdrową cerę, za duży nos i zbyt dziecinne rysy. Ciemne włosy ledwie sięgające ramion kreciły się w idiotyczne loki i zawsze wyglądały na tłuste.  Tego dnia jednak podróżne ubranie psrawiało, że prezentował się dużo lepiej. Gryba skórzana kurta którą zakładał na treningi szermiercze, wysokie buty i rapier przytroczony do pasa sprawiało, że wygladał zawadiacko i dorośle. Zamaszystym ruchem wyciągnał rapier z pochwy i wymierzył nim w swe lustrzane odbicie. Kiedy groźnie zmrużył oczy, myśląc nad wystarczająco dramatycznym okrzykiem dostrzegł, że u wejścia do jego komnaty stoi ojciec. Anton błyskawicznie schował broń i pokłonił się nisko mu nisko, przeklinając w duchu swą infantylność i głupotę.
-Panie, wybacz ja…przygotowywałem się do podróży.- Głos chłopaka łamał się, brak było mu pewności, jak zawsze kiedy rozmawiał z ojcem. Cronnoss stał w drzwiach, jak zawsze odziany w idealnie czarną, długą szatę. Owijała ona ciasno jego wuchodzoną sylwetkę, kiedy zaś się poruszał, wygladało to jakby szata przelewała się jak woda. Twarz niknęła w idealnym, nieprzeniknionym cieniu rzucanym przez kaptur, Anton po prawdzie był prawie pewien, że gdyby opuścić ten przeklęty kaptur nie byłoby tam żadnej twarzy. Chłopak zdawał sobie sprawę, że to jak widzi swego ojca to ledwie ułuda, jednak dalej czuł lęk patrząc na niego. Zwłaszcza na dłonie. Tylko one czasem wysuwały się z fałd materiału- białe jak kość, chude z nienaturalnie długimi palcami, z końców których powiewały pozrywane nitki, cieńkie jak pajęcze nici.
-Antonie, udawałeś jedynie kogoś kim nie jesteś. Nie ma w tym żadnej przewiny. Pora jednak jest już późna. Czas już byś ruszał.  Weź swe bagaże i idź wschodnim korytarzem, tak jak tłumaczyłem ci wcześniej. Cronnoss zrobił krok w tył robiąc dla Antona miejsce w przejściu. Wskazał właściwy korytarz gestem dłoni, a srebrzyste nitki zawisły w powietrzu na moment utrwalając ten ruch. Chłopak nie ważył się protestować. Wiedział, że kłócenie się z ojcem było pozbawione sensu, poza tym prawdą było, że pora była już późna. Zebrał swoje bagaże i wyszedł z komnaty. Odwrócił się jeszcze raz o omiótł ją jeszcze raz wzrokiem. Patrzył na dziesięć ostatnich lat swego życia.
-Ojcze, kiedy Erwin mnie tu przyprowadził, miałem pięć lat...Od tego czasu znam tylko to miejsce, tylko Podziemia…-Zaczał, samemu nie wiedząc, o co w sumie chce zapytać. Cronnoss poruszył się. Możliwe, że skinął głową.
-Tak Antonie, Erwin przyniósł cię płaczącego i wołającego za rodzicami. Ten skomlący chłopiec jednak nie żyje. Umarł on i wiejski kuglarz jakim mógł się stać. Musiał umrzeć byś mógł istnieć ty, przyszły książe całego mojego rodu.  O co jednak chcesz zapytać?
-Ja…Nie wiem. Chyba o to, co mnie czeka na powierzchni? Nie jestem już jednym z nich, nie jestem…-„człowiekiem” chciał powiedzieć, lecz nie przeszło mu to przez gardło. Nie wiedział czemu.
-Wyruszasz tam by ich poznać, by zrozumieć swoją zwierzynę. Jest to mądrość którą musi posiąść każdy łowca. Nawet bękarty Quevera o tym wiedzą.Wyrusz tam chłopcze, spędź tam następne lata, zrozum na nowo ludzi i znajdź jednego kobietę wartą mego daru. Kiedy odnajdziesz kogoś godnego zostania twą księżną, twója ostatnia próba dobiegnie końca.
Anton pokiwał głową, słyszał te słowa już chyba setkę razy. Spojrzał na ojca, na jego nieistniejącą twarz, jakby oczekiwał, że ten widok jakoś go pokrzepi. Bezsilny sięgnął do drzwi i je zamknął. Wokół niego pozostał tylko wielki korytarz ciemny i zimny, mimo wszystkich pochodni  umocowanych wzdłóż niego.
-Synu, moi współbracia wyrazili chęć pożegnania cię. Co oczywiste, nie zechcą jednak spotkać siebie nawzajem. Tedy spodziewaj się, że każde z nich po kolei trafi na ciebie, by życzyć szczęścia na twej drodze. Bądź dla nich uprzejmy, i pamiętaj by nie lękać się Quevera. Nie zapominaj, że to zwykły kundel.
-Tak panie.- Anton pomyślał z przekąsem, że przecież to jest wyjaśnienie dlaczego nie przerażała go historia przeobrażenia Piątki w potwory. Wszak mieszkał wraz z nimi w jednym pałacu. Cóż za sens w lękaniu się opisów potworów które ma się na co dzień za ścianą? –Będę uprzejmy…I ojcze? Nie zawiodę cię…Przysięgam.
Z tymi słowami Anton ruszył korytarzem. Nie spojrzał już więcej za siebie, wiedział, że ojciec by tego nie pochwalił.
Cronnoss został na miejscu, odprowadzając wzrokiem swego przybranego syna. Kiedy ten oddalił się już na pewną odległość, Cronnoss przemówił cicho do siebie, jak to miał w zwyczaju
-Zawiedziesz mnie Antonie. Zawsze mnie zawodzisz. Wszak, nie powierzałbym ci tego zadania gdyby było inaczej.


1 komentarz:

  1. Już jest! Nie mogę się doczekać tych spotkań w drodze na powierzchnię... Kiedy następna część? Może zrobię ilustracje :p

    OdpowiedzUsuń