2
REWOLWEROWIEC
Trawiaste wzgórza rozpościerały się jak okiem siegnąć. Wszechobecne
lasy zdawały się ciemne i groźne w
jaskrawym świetle zachodu. Słońce kryło się powoli pomiędzy dwoma wzgórzami, a
w jego stronę zmierzał jeździec. Pomarańczowe światło raziło go w oczy, jednak
był do tego przyzwyczajony, chyba połowe swego życia przesiedział w siodle, a
nie był już młodzieńcem. Poza tym kapelusz z szerokim rondem pomagał. Mężczyzna
miał hardą, ogorzałą od słońca i niewygody twarz, jego długie, ciemne,
postrzępione włosy powiewały leniwie na wietrze, podobnie jak poły jego
brązowego skórzanego płaszcza. Lubił tę
okolicę. Wzgórza i lasy odgradzały go od wszystkich osad i miasteczek dookoła,
panował tu cisza i samotność. W pobliżu można
było znaleźć nawet pradawny, na poły zrujnowany marmurowy grobowiec. Cóż, to także
budowało atmosfere spokoju, nawet jeśli był to spokój wiekuisty.
Koń podążał niespiesznie, jednak jeździec z każdym krokiem
krzywił twarz. Z pretensją spoglądał na swe zabandażowane udo, jakby chciał
rzucić swojej ranie wyzwanie. Niech suka tylko odważy się otworzyć w trakcie
podróży. Nie była to pierwsza sytuacja kiedy ktoś go postrzelił, co to to nie.
Mężczyzna pamiętał każdy postrzał i ranę ciętą jaką dostał. Z tą było ich
dokładnie trzydzieści sześć. Zawsze uważał za zabawny fakt, że o ile w tej
sytuacji pamięć go nie zawodziła, to, za żadne skarby, nie mógł spamiętać w
jakim dokładnie wieku był. Ile miał lat? Czterdzieści? Więcej? Mniej? Cóż, coś
koło tego. Po prostu, kiedyś tracił rachubę lat i zim i nigdy już do niej nie
wrócił. Bawiła go myśl, że może ma tyle lat co ran. Trzydzieści sześć. Brzmi
nieźle. Będzie musiał przypilnować by zostać znów postrzelonym w przyszłym
roku.
Cóż, nie powinno to być trudne. Był rewolwerowcem, takie
rzeczy się zdarzały ciągle. Cóż, może poza tą ostatnią raną. Zazwyczaj raniono go gdy przyjaciele któregoś
z jego przeciwników chcieli się zemścić. Albo w bójkach w karczmach. Albo gdy
go napadnięto. Oczywiście, bywało także, że jakiś nieszczęśnik w trakcie
pojedynku zdołał wystrzelić i go drasnąć nim wyzionął ducha. Ci byli nieźli.
Ale tym razem został zdradzony.
Słyszał, że
niewierność boli najbardziej, nigdy jednak tego nie doświadczył, aż do
wczorajszego dnia. Była to praca jak każda inna, jakiś bandzior grasował w
okolicznych lasach i osadach, więc wydano za nim list gończy. Trzeba go było
znaleźć i wyzwać na pojedynek. Ten konkretny był głupi i dumny więc się
zgodził. Rano, zgodnie ze zwyczajem stanęli naprzeciw siebie na środku osady.
Kiedy zegarł wybił po raz ósmy, obaj wystrzelili. Tylko że jego rewolwer tego
nie zrobił. Spust zię zaciął i mężczyzna stracił całe mrugnięcie okiem zanim
rewolwer zaskoczył i wypluł kulę. Na szczęście bandyta był nie tylko głupi i
dumny ale przeceniał swe umiejętności. Mimo olbrzymiej przewagi dalej był
wolniejszy od rewolwerowca. Dopiero kiedy kula z impetem wbiła się w jego
ciało, wystrzelił. Wstrząs speawił, że strzał był chybiony. Cóż, prawie.
Kula zraniła mężczyznę w udo. Mieszkańcy osady z
wdzięczności opatrzyli mu nogę i nakarmili, jednak rewolwerowiec nie zwykł był
prosić o pomoc, więc z samego rana zebrał się i wyruszył. Jednak teraz, po dniu
jazdy rana odzywała się ostrym przeszywającym bólem, a on sam czuł, że głowa mu
coraz bardziej ciąży. Będzie musiał zatrzymać się na noc, i to już niedługo. To wszystko twoja wina, pomyślał
spoglądając na swoja broń. Byłeś ze mną
od trzydziestu pięciu ran, a teraz coś takiego?
Z zamyślenia wyrwał go krzyk. Przeszywający wrzask wypełnił
jego głowę. Dobiegał spomiędzy pobliskiego podnóża góry otoczonego przez
pierścień drzew.
Cóż, nie moja sprawa,
pomyślał, jestem ranny, po cóż mi pakować
się w jakieś nowe tarapaty? Pewnikiem to niedźwiedź albo mantykora dorwała
jakiegoś nieszczęśnego drwala. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że i tak
będzie przejeżdżał obok tamtych drzew. Nic się przecież nie stanie jeśli
zerknie w tamtą stronę. Im bliżej żródła krzyku był tym więcej był w stanie
dosłyszeć. Najpierw tylko ten wrzask, który odzywał się raz za razem, potem
jednak pojawiły się śmiechy i rozesmiane głosy. Nie podobało mu się to. Niedźwiedzie
i mantykory nie śmiały się atakując ofiarę. Jedynie ludzie. Kiedy był na tyle
blisko, by móc dostrzec coś pomiędzy drzewami, zatrzymał konia. Nie byli
daleko, dostrzegł przede wszystkim światło ogniska, stało tam także kilka
sylwetek. Po chwili zaś wypatrzył także sporą skałę, na której rozwieszona była
kolejna ludzka sylwetka.
Pewnie złapali jakiegoś
bandytę. Na pewno zasłużył, zapewniał go głos rozsądku. Może nawet by go
posłuchał, ale wtedy rozległ się kolejny wrzask. Rewolwerowiec zacisnął ręce na
lejcach. Zszedł z konia i cicho zakradł się pomiedzy drzewa. Stąpał ostrożnie, lecz i tak co chwile jakas
gałązka łamała mu się pod stopami. Cóż, nie był zwiadowcą. Na szczęście tamci
wydawali się zbyt zaabsorbowani swoim
zajęciem by to usłyszeć. Skrył się za najbliższym drzewem, by przyjrzeć się im
uważniej. Słońce już prawie całkiem skryło się za horyzontem więc to ognisko
rozświetlało okolicę. Najpierw spojrzał w stronę tego złapanego, który był tuż
poza granicą światła. Okazało się, że ze skały, kilka stóp nad ziemią wyrastało
drzewo, któryś z tych tutaj musiał przerzucić przez nie linę by zrobić
szubienicę. Biedak na niej wisiał, ze związanymi rękami. Co dziwne dalej się ruszał…
może chcieli go udusić? W takim wypadku nie było chwili do stracenia. Śmieszne,
pomyślał mężczyzna wyciągając z kabury rewolwer, w tym cieniu nieszczęścnik
wydaje się prawie całkiem czarny.
Załadował kule do bębenka i przyjrzał się bandziorom. Nie
mógł się nie uśmiechnąć. Było ich akurat sześciu. Trójka stała daleko, blisko
tego na skale, jeden właśnie szedł się odlać a dwóch stało przy ognisku
trzymając w nim ostrza swoich mieczy. Przyjrzał się srebrzystym klingom, rozgrzewanym
w ogniu. Wcześniej nie był pewien, czy będzie z nimi walczył. Nie znał ich
przecież. Nie wiedział co się tu zdarzyło. A tedy zobaczył duszącego się
człowieka i miecze przypalane nad ogniem. Zacisnął zęby i wyszedł spomiędzy drzew.
Na początek wycelował właśnie w tych dwóch. Wyciągnął rękę i
przymrużył oczy. Odciągnął kurek. Wszystkie
jego myśli w jednej chwili zniknęły. Jego ręka nacisnęła spust, oczy dojrzały
jak twarz tamtego zamienia się w jaskrawy czerwony kwiat. W tym czasie ręka nacisnęła
spust po raz drugi – kolejna eksplozja czerwieni. Tamta trójka zdołała
zorientować się co się dzieje i ruszyli
w jego stronę. Nie szkodzi, miał dużo czasu. Trzeci strzał, tym razem w klatkę
piersiową, wystarczy minimalny ruch by namierzyć czwartego i…
Nic. Jego palec szaleńczo zaciskał się na spuście, lecz ten
ani drgnął. Jego rewolwer się zaciął. Nic nie boli tak jak zdrada przyjaciela.
Mężczyzna spojrzał ze smutkiem na swą zaufaną broń. Już dawno powinienem
wywalić ten grat, zdołał jeszcze pomyśleć. Był tak zdumiony, że nie zauważył,
że jeden z tamtych wyciągnął z za paska długi bicz o rozwidlonych srebrzystych
końcówkach i się nim zamachnął. Ostry koszmarny ból przejechał po jego lewej
łopatce i barku rozdzierając jego ciało.
A więc trzydzieści
siedem, pomyślał, umrę w wieku
trzydziestu siedem ran.
Nic już więcej nie pomyślał.
http://previouslyonwalkingdead.blogspot.com ---> fanfic o Walking Dead! Musisz przeczytać! XD
OdpowiedzUsuń